Porucznik Serathon przemierzał długie korytarze centrum rozwoju genetycznego. Teoretycznie laboratorium, w praktyce niemal fabryka. Towarzyszyło mu dwóch żołnierzy, kapral Dwenin i sierżant Tarimer. Odziani byli w ciężkie, brudno-żółte pancerze wspomagane, które nadawały im wygląd ogromnych robotów, z malutkimi ludzkimi główkami. Wszyscy trzej nie mieli włosów, zarostu ani nawet brwi, urodzili się bowiem tutaj, w centrum genetyki. Było ono gigantycznym kompleksem pokrywającym niemal całą powierzchnie Zerstonis, niewielkiej pustynnej planety. Rocznie na świat przychodziło tu ponad półtora miliarda ludzi o dokładnie sprecyzowanych predyspozycjach. Głównie żołnierzy i naukowców. Nikt z personelu centrum nie narodził się poza nim, dlatego incydenty zdarzały się tutaj bardzo rzadko. Nie mniej jednak, doszło do samowolnego zajęcia jednego z laboratoriów przez grupę naukowców, i to ta sprawa sprowadziła tutaj żołnierzy złotego korpusu. Było jasne że nawet żołnierze stalowego, czy nawet brązowego podołali by temu prostemu zadaniu, ale statek złotych był akurat najbliższej, a lokalna ochrona nie była aż tak skuteczna jak regularni żołnierze. Nic zresztą dziwnego, koszt wyhodowania jednego żołnierza korpusu brązowego był niemal dwudziestokrotnie wyższy niż ochroniarza, a żołnierz korpusu złotego wart był tyle co pięciu brązowych. Nie mówiąc już o korpusie diamentowym.
Szli więc równo, noga w noga, a echo ich kroków niosło się daleko korytarzami centrum. Nie włączyli wyciszania, chcieli by słyszano ich z daleka. Nie wzięli nawet karabinków, ich krótkie automatyczne pistolety SMK wystarczyły aż nadto przeciwko grupie naukowców. Nie chcieli ich zresztą zabijać, a jedynie pojmać. W miarę możliwości.
W końcu dotarli do drzwi przy których stało dwóch ochroniarzy w kamizelkach. Ktoś mógłby pomyśleć że byli oni drobni, ale wyglądali tak tylko na tle żołnierzy. Serathona i jego towarzyszy przepuszczono bez słowa. Włączyli lampy na pancerzach i wyjęli broń, ponieważ w tej części laboratorium było całkiem ciemno. Usłyszeli cichy, mechaniczny szmer pod wysokim sufitem. SMK huknęły krótkimi seriami, a na ziemie spadło kilka mechanicznych pająków. Do pomieszczenia wtoczyły się cztery pancerne kule, które w mgnieniu oka rozłożyły się do postaci stacjonarnych działek. Dwa uległy uszkodzeniu w trakcie transformacji gdy celne pociski żołnierzy wpadły pomiędzy delikatne mechanizmy wewnętrzne, ale dwa które zakończyły proces były dobrze osłonięte przed pociskami przez pancerne płyty. Błysnęły ich działka małego kalibru, a z pancerza Dwenina sypnęły iskry. Zasłonił on twarz ręką, a Serathon i Tarimer ruszyli do przodu. Gdy stali się oni celami, kapral ruszył biegiem do przodu, a porucznik z sierżantem odwrócili się plecami do ostrzału i złączyli dłonie w coś w rodzaju katapulty. Kapral wbiegł na to, aby zostać wyrzuconym do przodu z ogromną siłą. Zwalił się ciężko na jedno z działek miażdżąc je swoją masą, natomiast drugiemu błyskawicznie odgiął kawał pancerza i wpuścił do środka krótką serię. Do pomieszczenia ciągnęły już kolejne roboty strażnicze, ale żołnierze korpusu złotego rozprawiali się z nimi szybko i sprawnie, odnosząc przy tym jedynie niewielkie rany. Parli korytarzami laboratorium aż ujrzeli w końcu drzwi od których biło światło. Wiedzieli już że to tam znajdują się zbuntowani naukowcy. Nie otwierali drzwi, zamiast tego Dwenin wyrwał je potężnym ciosem z zawiasów. Wyłączyli lampy i pewnie przekroczyli próg. Na środku pomieszczenia stał ogromny zbiornik, w którym wiło się jakieś potworne stworzenie. To co tutaj hodowano musiało być naprawdę przerażające, gdyż normy etyczne centrum rozwoju genetyki były bardzo luźne, a to coś je przekraczało.
- Jestem porucznik Serathon – wrzasnął – i w imieniu…
Nie dokończył gdyż Dwenin upadł na podłogę. Właściwie było to tylko jego bezgłowe ciało, gdyż łeb trzymał w dłoni wysoki i chudy człowiek o skórze o barwie krwi. Ubrany był w lekki, monomolekularny pancerz. W drugiej dłoni trzymał proste, długie ostrze o charakterystycznym ścięciu.
Tarimer nie zachował rozsądku i zaatakował. Nim uniósł broń, dłoń która ją trzymała została odcięta, a chwile potem sierżant został dosłownie rozpołowiony wzdłuż kręgosłupa. Serathon nawet nie drgnął. W mordercy swoich towarzyszy błyskawicznie rozpoznał członka karmazynowej elity. Nie było sensu z nim walczyć. Nie gdy stał tak blisko. Słynęli oni z niemal nieograniczonej szybkości.
- Panie poruczniku - odezwał się za nim głos. - Może raczy się pan zbliżyć?
Serathon odwrócił się i spojrzał w stronę rozmówcy. Głos należał do niewysokiego, chudego człowieka. Mógłby go zmiażdżyć gołymi rękoma, ale karmazynowy pociąłby go na kawałki zanim dałby radę zaplanować sytuację. Ale mógł grać na zwłokę. Gdy ustanie akcja serca, kombinezon martwego żołnierza wysyła informacja do centrali. Dowództwo już wiedziało.
- Zginiecie - odparł spokojnie. - Po co to wszystko?
- Po pierwsze, sygnał wezwania pomocy z pancerzy twoich towarzyszy został zablokowany. Po drugie, zanim coś powiesz, wiem co będzie jeśli nie wrócicie za dwie godziny. Nie ma to jednak znaczenia bo o to dokonaliśmy przełomu. Udzieliliśmy odpowiedzi na odwieczne pytanie nad którym przez epoki łamali sobie głowie najwięksi filozofowie. Oto przed tobą rememdium majoris.
- Czyli?
- Jesteś człowiekiem. Genetycznie hodowanym, tak jak i ja. Ale gdzieś pod tymi zwałami bezsensownych informacji którymi napchaliśmy ci głowę słyszysz to wezwanie. Cichy szept przeznaczenia. Kim jesteś?
- Porucznik Serathon - odpowiedział spokojnie, ale tyrada naukowca trochę zbiła go z tropu.
- Naprawdę? - odrzekł rozbawionym głosem naukowiec. - Cóż za prosta odpowiedź. Przyszedłeś na świat tutaj, jako żołnierz imperialny, a twoim celem jest ochrona granic cesarstwa. Tak sądzisz, ale to nieprawda. Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Oraz najważniejsze, dokąd zmierzamy?
Ta przemowa zapaliła w głowie żołnierza jakąś myśl. Mówił jak nawiedzony, ale ton jego głosu nie pasował do szaleńca. Był pewny, przesycony pasją, ale nie obsesją.
- Odwieczne pytanie o sens istnienia. A oto i odpowiedz. Rememdium majoris - wskazał na wielki zbiornik.
- Co to…jest? - zapytał Serathon.
- Lekarstwo. Za kilka minut je wypuścimy i to wszystko przestanie mieć znaczenie.
Przyjrzał się bliżej zbiornikowi. W środku wiły się jakieś macki, ale bez szczególnie sensownej reguły. Nie miało to też zbyt określonego kształtu.
- Zastanawiałeś się kiedyś nad celem naszego istnienia? Oto i odpowiedź. Uleczyć naszego gospodarza. Uleczyć wszechświat. To co mylnie nazywaliśmy wielkim wybuchem, było tak naprawdę wielkim zgonem. Śmiercią boga którego zdradzono w sprawie której nigdy nie pojmiemy. Ostatnim tchnieniem powołał przeznaczenie którego zadaniem było stworzyć w jego rozkładającym się ciele istoty rozumne i świadome, obdarzone wewnętrznym, cichym wezwaniem pomocy. Wyodrębniliśmy to wezwanie. Odczytaliśmy szept przeznaczenia.
Zbiornik pękł, jedna z macek wydostała się na zewnątrz, wystrzeliła prosto przed siebie i gnała do nieskończoności. Nie mogły jej zatrzymać ściany czy mury, nawet planety i gwiazdy. Po pierwszej przyszła druga, a po drugiej trzecia. Potem zbiornik pękł i wszystko uległo zmianie. Wszechświat został uleczony, chociaż żaden z ludzi nie mógł przetrwać tego procesu, gdyż niósł on ze sobą zbyt wielkie zmiany. Ale tak właśnie miało być.
Nie było chyba wśród istot świadomych cywilizacji, nawet najprostszej, która nie zastanawiała by się nad sensem istnienia. Wiele tęgich umysłów, zarówno ludzkich jak i nieludzkich, głowiło się nad tym po co się rodzą, po co żyją, i po co umierają. Szukali odpowiedzi bo wiedzieli że ona gdzieś tam jest. Czuli że jest bardzo blisko, ale jednocześnie bardzo daleko. Upadali gdy przychodziła śmierć kogoś bliskiego, zastanawiali się dlaczego nie potrafili tego przewidzieć, zapobiec tragicznym zdarzeniom. Rozpaczali tym bardziej, jeśli uważali że czas danej istoty jeszcze nie dobiegł końca, że odchodzi ona zbyt wcześnie. Niektórzy nawet zwykli mówić, że ktoś jest im odbierany zbyt wcześnie. I chociaż nie są tego świadomi, to są najbliżej prawdy.
Ja jestem jednym z tych którzy znają sens życia istot rozumnych. Chociaż znacznie poprawniej byłoby powiedzieć, sens umierania. Jestem jednym z tych na barkach których spoczywa zadanie przecinania młodych linii życia. Jestem Łowcą.
Stoję oparty o mur. Widzę go. Wygląda niepozornie. Niewysoki, może mieć metr siedemdziesiąt lub siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Nie więcej. Jest chudy, wręcz patykowaty. Byłby może nawet atrakcyjny, gdyby zgolił ten młodociany zarost, i zrobił coś z nieco zbyt długimi, rozwianymi włosami. Ja jednak widzę na jego przedramionach grube, niebieskie żyły energetyczne, i już wiem ile jest wart. Spod jego skóry od czasu do czasy wyrywają się niebieskawe ogniki, przelatują spiralą kilkanaście centymetrów i znikają. Jestem zły że zauważyłem go dopiero jak wchodził na teren festiwalu. Nie mogłem wejść za nim, w tłumie ludzi tracę nie tylko swoje duchowe zmysły, ale i część możliwości. Koncert zdecydowanie się przedłużał, ostatni zespół miał zejść ze sceny trzy utwory temu. Przeklinałem w duchu swojego pecha za każdym razem gdy wokalista oznajmiał tłumowi że zagrają jeszcze coś. Spotykało się to z eksplozją radości tłumu. I rzeką przekleństw która zalewała moje wnętrze. Ale w końcu się doczekałem. Mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia dwa lata, o ile w ogóle miał te dwadzieścia. Liczyłem na to że wyjdzie trochę podpity, ale niestety był całkowicie trzeźwy. Nie wiedział o tym co w sobie nosi, ale podświadomie zachowywał ostrożność. Uśmiechnąłem się gdy zobaczyłem że wsiada na czarny motocykl. Wypadki komunikacyjne i budowlane to moja ulubiona metoda pracy. Gdy ruszył, pozbyłem się swojej cielesnej powłoki i poszybowałem za nim. Powoli zapadał zmrok, ale samochodów ciągle było sporo, a młody nie mógł nabrać prędkości. Czekałem więc. Na moje szczęście opuścił miasto i wyjechał na szosę. Niestety wbrew moim oczekiwaniom, zachowywał rozsądek. Jechał nawet szybko, ale tylko gdy miał prostą drogę, na zakrętach zwalniał, rozglądał się, po czym przyśpieszał na prostej. Myślałem że zwariuję gdy kolejny raz naciskał na hamulec. Nie mogę nim rzucić o drzewo, nie mogę też wyczarować magicznie ciężarówki która go rozjedzie. Mogę manipulować rzeczywistością w bardzo ograniczonym stopniu. Muszę liczyć albo na to że popełni jakiś błąd, albo na szczęście. Przeklinałem jego rozsądek we wszystkich językach jakie znałem, ale wszystko wskazywało na to że muszę poczekać na okazje. Nikt nie może unikać śmierci zbyt długo. Zawsze w końcu nadarzy mi się okazja, coś co nie zależy od mojej ofiary. Wtedy wystarczy delikatna manipulacja rzeczywistością, i wypadek gotowy. Niestety drogi były opustoszałe. Gdzieś wybuchła jakaś bomba czy co? Zaraza wszystkich wybiła?
Po czterdziestu minutach czatowania, mój cel dojeżdża do niewielkiego, wiejskiego domku. Moja dusza wyje gdy zsiada on z motocykla, po czym wchodzi do budynku. Wiem że od razu pójdzie spać. Nie mogę na nich polować gdy śpią. Materializuję swoją cielesną powłokę. Jest bardzo ciemno, ale ja i tak wszystko widzę. Kładę dłoń na motocyklu. Gdy ją zdejmuję, wiem że od teraz uszkodzone są przewody hamulcowe. Czasem trzeba po prostu pomóc szczęściu. Usuwam swoje ciało i usadawiam się na dachu budynku niczym gargulec. Zapadam w delikatny, duchowy pół- sen. Czekam.
Ofiara wychodzi z domu kilka godzin po świcie. Idzie w stronę motocykla. Przepełnia mnie radość, ale gaśnie błyskawicznie gdy młodzian odkrywa plamę pod motocyklem. Wyciąga telefon i gdzieś dzwoni. Nie słyszę, ale wiem o czym rozmawia. Prosi znajomego mechanika aby przyjechał obejrzeć motocykl. Potem odkłada słuchawkę i sam zaczyna oglądać pojazd. Wiem już że motocykl to zły pomysł. Mój cel jest zbyt ostrożny w tej kwestii. Potrzebne mi szczęście.
Po trzech dniach jestem już poważnie sfrustrowany. Nie tylko faktem że we wszystkich sprawach zachowuje on elementarną ostrożność, ale też brakiem szczęścia. Gnojek nie kusi losu, ale wiem też że to oznacza jego ogromną wartość. Postanawiam podejść do tematu inaczej.
Ma czterdzieści lat. Jest rozwodnikiem. Chyba ma dzieci, ale raczej ich nie zna, pewnie go nienawidzą. Zdradzał żonę z młodymi dziewczynami, co stało się powodem jego rozwodu. Żona zabrała mu wszystko. Teraz chleje całymi dniami, i rozbija się po klubach. Jest idealny do tego, do czego go potrzebuję.
Godzina piętnasta. Czwarty dzień polowania. Młody spotkał się z kumplami, potem poszli do jakiegoś warsztatu i zaczęli coś spawać. Przez chwilę myślę o eksplozji wywołanej zawartością butli, ale są zbyt ostrożni. To co robią traktują poważnie. Ale ja mam swój plan.
Stary ląduje w klubie „Pętla”. Jest pusto, a on zaczyna pić. Na zewnątrz czeka jego samochód.
Godzina siedemnasta. Młody z kumplami dalej spawają. Powoli kształtu nabiera jakaś fantazyjna konstrukcja, ale nie wiem do czego służy. Może to jakiś rodzaj metalowej rzeźby. Stary jest już dość nietrzeźwy. Przesiaduje w klubie „Dżungla”, ponieważ z poprzednich go wyrzucono.
Godzina dziewiętnasta. Młodzi mają przerwę, piją piwo. Stary jest ledwo przytomny. Podwala się do gówniar w klubie „Majorka”. Częściowo mogę kontrolować jego myśli, więc odrzucam wszystkie. Muszę to dobrze zgrać w czasie. Po piętnastu minutach moja ofiara kończy swoje piwo i opuszcza warsztat. Ruszają na miasto. O godzinie dziewiętnastej trzydzieści mijają klub „Majorka”. Stary ma trzyosobowy harem. Skąd on bierze kasę żeby ciągle stawiać tym gówniarom, nie wiem. Mija kolejne piętnaście minut. Młodzi opuszczają monopolowy i kierują się do parku. Stary wychodzi z klubu i wsiada do samochodu. Rozmawia z dziewczynami, twierdzi że jest świetnym kierowcą, i może jechać w takim stanie. Prawdę mówiąc, wybrałem go bo jest beznadziejnym kierowcą. Rusza gwałtownie. Ciągle przyśpiesza. Jedzie sto czterdzieści na godzinę w centrum miasta. Błyskawicznie dojeżdża do rozjazdu w kształcie litery „T”. Chce jechać w prawo, do domu. Młode chcą żeby z nimi gdzieś pojechał, w lewo. Prosto jest park. Zaczyna delikatnie zwalniać, jedzie setką.
Wtedy wkraczam do akcji i siedząca obok niego dziewczyna zaczyna wymiotować. Gdy tylko odwraca głowę w jej stronę, sam zaczyna mieć mdłości a po chwili wymiotuję. Nie panuje nad samochodem. Wjeżdża do parku. Młodzi siedzą na ławce obok stawu, na skraju skweru. Jeden z chłopaków zauważa samochód. Podnoszą się i odskakują, ale mój cel nie zdąża. Zostaje wystrzelony w górę. Delikatnie ustawiam głowę młodego, tak by uderzył nią o ziemie. Gdy to się staje, moja ofiara łamie sobie kark. Umiera natychmiast. Godzina dziewiętnasta pięćdziesiąt dwie. Czas staje w miejscu. Oglądam samochód który wpadł do stawu. Stary, podobnie jak i towarzyszące mu dziewczyny, są dla mnie bezwartościowi. Przeżyją.
Odwracam się w stronę młodego. Unosi się nad swoim ciałem. Ogromny i świetlisty. Teraz wyraźnie widzę jego potężne, niebieskie żyły. Jest zaskoczony i przestraszony gdy dostrzega swoją duchową postać, tak inną od cielesnej. Podchodzę do niego. Jego aura jest tak silna że mnie oślepia. Ponownie jestem z siebie dumny. Dokonałem doskonałego wyboru.
- Chodź – mówię i wyciągam dłoń. - Chodź ze mną.
- Nie rozumiem – odpowiada.
- Chodź, a zrozumiesz. Bogowie znów potrzebują waszej pomocy.
Zabieram go daleko do gwiazd. To co robię jest bardzo ważne. Przecież tylko oni mogą ochronić nas przed nadchodzącą apokalipsą.
Z dedykacją dla skradzionej nam niedawno Magdy.